Debiut. Historia marzenia.

W piątek zadebiutowałam na parkietach dywizji pierwszej NCAA. Dziewięć lat po tym jak zaczęłam uprawiać koszykówkę. Chcę Wam opowiedzieć o przełomowych momentach w moim życiu, które sprawiły, że znalazłam się w pierwszym składzie swojej drużyny w momencie swojego debiutu. Wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny.

Jako dziecko zafascynowane koszykówką zdarzało mi się szukać meczów NBA na kablówce. Przez to, że NBA było dostępne tylko na League Pass, na które raczej nie było nas stać w tamtych czasach, zdarzało mi się czasami wejść na kanał 81, którym było ESPN+ na którym transmitowano mecze amerykańskiej koszykówki uniwersyteckiej. W mojej pamięci zapadł moment, kiedy leciał mecz North Carolina. Oglądałam i byłam pod wrażeniem ilości kibiców, wielkości hali i tego jak wszystko wyglądało – dla dzieciaka w Polsce to wszystko było niewyobrażalne i jednocześnie tak bardzo odległe. Nawet stroje Jordana były czymś co sprawiało, że Stany były czymś innym, czymś czego nie było w Polsce.

Moim marzeniem zawsze było wylecieć do USA by grać w koszykówkę. Czasami to marzenie było bardzo wyraźne, a czasem zamglone. Nigdy jednak nie miałam w głowie, że jest to nieosiągalne. Zawsze mówiłam głośno, że chcę wylecieć, i wylecę. Zawsze miałam też świadomość, że jestem w stanie pewnego dnia tam dotrzeć. Pytaniem było tylko, którą drogą. Jestem generalnie dzieckiem, które w wieku czternastu lat myślało, że za co bym się nie wzięła to swoim zaangażowaniem udałoby mi się dojść daleko. Wydaje mi się, że im wcześniej wpoisz sobie coś takiego do głowy, tym mniej rzeczy będzie niemożliwych. Pamiętam, że myślałam, że nawet jakbym wzięła się za taniec to by mi się udało zajść daleko. Cóż… Moi znajomi wiedzą jak to u mnie z tańczeniem… 

Spędzając godziny na betonowych boiskach wyobrażałam sobie wielkie, amerykańskie areny pełne kibiców. Kupiłam sobie też pierwszą bluzę Jordana, która oczywiście była na mnie za duża o jakieś dwa rozmiary. A pierwsze Jordany 12 dostałam od rodziców za czerwony pasek. Inspirowała mnie kultura Amerykańska, książki o USA, ubrania koszykarskie. Po nocach oglądałam mecze NBA: Marcina Gortata lub moich ulubionych Lakersów. Rodzice nie za bardzo mi na to pozwalali więc po prostu starałam się być najciszej jak mogę i wstać o trzeciej w nocy, a o 5:30 wyjść z domu na trening. Cóż.. Teraz bym chyba nie była w stanie tego robić i nie polecam, ale ekscytacja i fascynacja tym sportem przeważała nad potrzebą snu nastolatki. Nie polecam nikomu.

zwróć uwagę na koszulkę 🙂 Mamo nie zabij mnie za zdjęcie… 😀

Rok 2012 i oczywiście wygrany camp Marcina Gortata, który pozwolił mi jeszcze bardziej realnie spojrzeć na mój plan na przyszłość. Zobaczenie ośrodków Phoenix Suns, pierwszy pobyt w Ameryce, gdzie fascynowały mnie nawet kolorowe płatki śniadaniowe czy basen w hotelu. Fascynowały mnie galerie handlowe, pozytywni, wiecznie uśmiechnięci ludzie czy zwykłe sklepy spożywcze. Wszystko było ogromne; duże wieżowce, duże burgery, ogromna hala. Marcin poznał mnie z Trenerem Phoenix Mercury, a później wręczył mi buty Diany Taurasi. Wszystko wydawało się jeszcze bardziej na wyciągnięcie ręki. Wszystko było takie wzruszające. Faktycznie zdawałam sobie sprawę, że realizuję marzenia, bo robię to co kocham.

Rok 2015. Zdarza mi się trenować z ekstraklasowym zespołem Ślęzy Wrocław. 1/2 razy w tygodniu.

W składzie trzy Amerykańskie zawodniczki, trzy z nich to nasze liderki. Dwie z nich to moje totalne idolki.

Adrianne Ross. Jedna z trzech liderek zespołu nawiązuje ze mną rozmowę po jednym z treningów – oczywiście w języku angielskim co powoduje, że dodatkowo się stresuje. Mówi, że nadawałabym się do koszykówki w Stanach. Podekscytowanie, dodatkowa motywacja i coraz wyraźniejsza wizja. I WOW. Zaobserwowała mnie na Instagramie. Takie szczegóły mnie jarały. Takie szczegóły sprawiały, że chciałam tego wszystkiego bardziej. Nie chodziło mi o głębokie rozmowy. Każda piątka na treningu, lajk na instagramie (to ta nowa generacja…) przybliżały mnie mentalnie do celu. Wróciłam do domu, powiedziałam tacie, a on też był podekscytowany! 

Niecały miesiąc później dostaję w prezencie od drugiej Amerykanki z zespołu Hyperdunk Low 12, w których robię wsady na niższych koszach, wyobrażając sobie swoją przyszłą karierę poprzez prezent, który miał mi dać dodatkową motywację. Zajawka na całego. 

Ale prawdziwe ciarki na moim ciele pojawiły się w momencie, kiedy wygrałam pojedynek 1×1 z zawodniczką, która teraz jako trener najpierw w LMU w Los Angeles, a później w Kansas City rekrutowała mnie do obu swoich drużyn. Mowa tu oczywiście o Jhasmine Player, najlepszej amerykańskiej zawodniczce w tamtym okresie w Polskiej Ektraklasie. To było najcudowniejsze uczucie jakie mogło spotkać piętnastolatkę. Wygrana 1 na 1 z tego typu zawodniczką. Tego dnia również rozmawiałyśmy o tym, że widzi mnie w USA i żebym się do niej odezwała jak będę potrzebować pomocy w znalezieniu szkoły. To kolejny moment, który mentalnie przybliżył mnie do mojego Amerykańskiego marzenia. EMOCJE. EMOCJE. EMOCJE. W takich momentach podekscytowanie i kopniak do cięższej pracy jest niewyobrażalny. Mentalność Amerykanek, które chcą pomóc piętnastolatce. Nie do pomyślenia. 

Kolejne inspiracje pojawiły się już w Szkole Mistrzostwa Sportowego. A właściwie dwie, które zapadły mi w pamięć najbardziej, bo pewnie było ich więcej. 

Aleksandra Makurat, czyli starsza siostra Ani Makurat.

Ola w pierwszym roku, w którym przyszłam do SMS-u była w trzeciej, ostatniej klasie liceum. Jako maturzystka była rekrutowana przez Liberty University, którzy notorycznie przesyłali jej listy. Pewnego dnia na wizytę do naszej szkoły przyjechał trener z jej drużyny. I to był moment WOW. Trener przyleciał z USA do Polski tylko po to by ją poznać i zobaczyć szkołę w której się uczy i trenuje. Kolejne spotkanie z Amerykańską rzeczywistością. Ola była bardzo zaangażowana w proces nauki angielskiego, a jej dedykacja do tego co było dla niej najważniejsze imponowała mi i inspirowała mnie niesamowicie.

Nie mogę tu zapomnieć o Julce Kućko, która od początku, kiedy przyszła do SMS-u miała jeden cel, o którym nigdy nie bała się mówić głośno. Wylot do Stanów Zjednoczonych na studia. Nigdy, ale to nigdy nie wahała się by mówić o swoim marzeniu. Nie każdy jest na tyle odważny. Julka pod względem nauki angielskiego, nauki amerykańskiej kultury i dedykacji do swojego marzenia inspirowała mnie totalnie w głębi mojego serca mimo, że może nie mówiłam o tym na głos.

https://www.instagram.com/p/CH7ZoqSjXmyWo64uhPAt5j_5yfgToSK6cr3hQM0/

I przy okazji jeśli już piszę o Julce – jako, że jest to znowu bardzo osobisty wpis, nie zabraknie moich głębokich przemyśleń. Ludzie z którymi się nie dogadujemy w czasach liceum, ludzie, którzy mają totalnie inne poglądy mogą się okazać Twoimi najlepszymi przyjaciółmi. Z Julką w liceum nie za bardzo za sobą przepadałyśmy. W momencie, kiedy dojrzałyśmy zobaczyłyśmy, że łączą nas wspólne wartości. Za każdym razem, kiedy rozmawiam z nią przez telefon czuje się naładowana ogromną ilością energii i inspiracji. Jestem za Ciebie wdzięczna Jula. Cieszę się, że mam Cię w swoim życiu. Zdecydowanie bez Ciebie nie byłabym w miejscu w którym jestem teraz, Twoja dedykacja w liceum i samozaparcie pozostawiło spory ślad w mojej głowie. 

Później moje marzenie zostaje poddane wątpliwością, pożera mnie strach. Boję się wylotu na inny kontynent i powoli się poddaję. Nie myślę już o tym tak często. W trzeciej klasie liceum wszystkie moje koleżanki z klasy podpisały już umowy i były związane z nowymi szkołami. Zostałam ostatnia, i to był moment, który mnie ruszył. Czym się różnię? Dlaczego one mogą się odważyć i chociaż spróbować, a ja nie? Nie wybaczę sobie. w przyszłości. Mam szansę życia. Zaczęłam szukać szkoły, ale na napisanie SAT było za późno. Musiałam iść do Junior College’u. Ale pierwsze marzenie, się spełniło. Wyleciałam do college’u w USA. Nieważne, że to nie było D1. Nieważne, że to nie NCAA. Na to była szansa później. Ważne, że byłam krok bliżej po tych wszystkich latach marzeń. Po wszystkich wzlotach i upadkach. 

Dwa lata w JUCO gdzie wrażenie robiła na mnie jedna hala wypełniona banerami, szatnia gdzie każda z zawodniczek miała swoje krzesełko i szafkę. Szatnia w której miałyśmy kanapę, telewizor i dostęp do hali do godziny 23. Dwa sezony w których odniosłam sporo sukcesów indywidualnych i drużynowych pozwoliły mi na bycie rekrutowaną przez ponad 70 szkół z dywizji pierwszej. Godziny, które spędziłam na treningach indywidualnych z moją trenerką były naprawdę długie i pełne przygotowań na wyższy level. Rozmowy z trenerami z szkół z NCAA potrafiły być męczące i przytłaczające, bo było ich dużo i wyglądały podobnie. W pewnym momencie rekrutowało mnie DUKE!!! Szkoła do której trafiłam i na którą się zdecydowałam pojawiła się na samym końcu. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Nie bez powodu tak długo zwlekałam z decyzją.

Ale do sedna.

Dwudziestego trzeciego listopada trener ogłasza pierwszą piątkę na pierwszy mecz sezonu, a moje imię znalazło się wśród czterech zawodniczek, które są w tej drużynie od trzech/czterech lat. Dostałam się do pierwszej piątki jako jedyna nowa zawodniczka w zespole.

Dwudziesty siódmy listopada. Game Day. Biorę swoją przedmeczową drzemkę. Nie będę ukrywać, że gdy budzę się, czuje przyśpieszone bicie serca. Sprawdzam tętno. 100 na minutę. Czuję moje napięte mięśnie. Normalnie nie mogłam uspokoić bicia serca. Stres. Strach. Piję kawę. Jem pre game meal. Dzwonię do swojej amerykańskiej rodziny. Dzwonię do rodziców. Napięcie trochę schodzi, czuję się coraz bardziej gotowa. Wchodzę na halę. Trybuny rozstawione. Jestem pierwsza na sali, już w stroju. Oddaję pierwsze 200 rzutów zanim ktokolwiek pojawia się na parkiecie. Całe napięcie zeszło, czuję się gotowa. Pojawiają się ludzie z ESPN+, pojawiają się kamery. Mija rozgrzewka. Czas na prezentację. Moje nazwisko na koszulce z numerem 24 zostaje zaprezentowane jako ostatnie. Dziewczyny szaleją i dodają mi niesamowitą energię. Wychodzę w pierwszej piątce w dywizji pierwszej. Jestem na ESPN+. Moje marzenie z dzieciństwa się spełniło właśnie w tym momencie. Ale to wszystko nie czuło się realne do momentu…

Kiedy zebrałam pierwszą piłkę. To moje najcudowniejsze wspomnienie z meczu. Wtedy to wszystko wydało się realne. Wtedy to wszystko okazało się prawdziwe. Wtedy poczułam, że nie mogłam trafić do lepszego miejsca. Wtedy poczułam się częścią naszego programu. Poczułam lekkość i pewność siebie. Poczułam, że tu należę. Przysięgam, że ta jedna zbiórka to jeden z cudowniejszych momentów mojej koszykarskiej kariery. Do teraz oglądając ten moment czuję tyle emocji. Tyle pozytywnych emocji. Czuję się wzruszona widząc ten moment. Emocje, które mi wraz z nią towarzyszyły… Spełnienie marzeń poprzez tą jedną zbiórkę.

A później… Kolejne dwie.

Ale moment, kiedy zdobyłam pierwsze punkty. Kolejne piękne wspomnienie. Pierwsze punkty w dywizji pierwszej. Poczułam się pewna siebie, wiedziałam, że na dwóch się nie skończy. Za długo na to pracowałam. Nie mogłam zwolnić.

Przeszłam niesamowitą drogę by być w miejscu w którym jestem. Pełną wzlotów i upadków. Jedno jest pewne. Jestem dumna z tego co robię, jestem dumna z tego, że się nie poddałam. Jestem szczęśliwa, że jestem w drużynie NCAA. Jestem szczęśliwa, że moje mecze można oglądać w telewizji. Trzy dni temu był jeden z moich najlepszych dni w życiu. Dzień w którym spełniłam swoje marzenie. Spełniłam swoje marzenia z dzieciństwa. Dlatego warto marzyć. Dlatego nie można zaniżać celów. Bo im wyższe stawiasz tym wyżej kończysz.

Ale tu nie chodzi tylko o mnie. To może spotkać każdego. Nieważne czy chodzi o sport, o inne pasje. Po prostu uwierz w to co robisz. Nie wątp w swoje marzenia. Im wyższe będziesz sobie stawiać cele, tym będzie ciężej. Ale właśnie przez poziom trudności i podnoszenie sobie poprzeczki będziesz w stanie dojść jeszcze wyżej niż zamierzałeś. Kiedy się dowiedziałam, że rekrutuje mnie ponad 70 szkół z dywizji pierwszej popłakałam się ze wzruszenia. Nigdy nie oczekiwałam aż takiego zainteresowania, mimo że zawsze mierzyłam wysoko. Jestem wdzięczna. Czuję się spełniona. A to dopiero początek sezonu. Teraz intensywność się zwiększa, a oczekiwania będą coraz wyższe. A ja nie mogę się doczekać. Rywalizacja na tym poziomie nie tylko na meczach, ale przede wszystkim na treningach, kiedy walczysz o miejsce w pierwszej piątce to nieustanna presja i walka. Ale to wszystko sprawia, że kolejne sukcesy smakują o wiele lepiej. Bo po prostu wiesz ile ciężkiej pracy kosztowała Cię cała droga.

Proszę Cię, jeśli to czytasz, znajdź pasję, poświęć się jej, i postaw wysokie cele. Wszystko o czym marzysz jest na wyciągnięcie ręki jeśli masz plan i będziesz na to pracować. 

Następny mecz w środę. Również na ESPN+.

Dziękuję, jeśli dotrwałeś do końca. Dziękuję, że jesteś. Dziękuję, że czytasz. 

One thought on “Debiut. Historia marzenia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: